Historia i tradycja

Lublin, dn. 17 września 2012 r.

Dorota Bekiesz

Opowieść o moim dziadku legioniście

Mój dziadek Wacław Haczyński urodził się w 1894 roku w Brańszczyku, w rodzinie ziemiańskiej Wacława i Kazimiery z domu Buczalskiej. Miał 7 sióstr i jednego brata. Uczęszczał do gimnazjum w Grodnie. Po strajkach szkolnych przerwał naukę i wrócił do rodzinnego majątku. Tam pomagał ojcu, jednocześnie odbywając praktyki rolnicze. 4 października 1914 roku wstąpił do Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego. Po wstępnym przeszkoleniu rozpoczął służbę w 1. Dywizjonie kawalerii legionowej Władysława Beliny-Prażmowskiego. W roku 1915 i 1916 walczył na Kielecczyźnie, Lubelszczyźnie i Wołyniu. Następnie po wycofaniu pułku z frontu jesienią 1916 roku został skierowany do Szkoły Oficerskiej 1. pułku Legionów Polskich w Ostrołęce, którą ukończył w 1917 roku. Po kryzysie przysięgowym w 1917 roku był internowany w Szczypiornie i Łomży. 28 XII 1917 roku został zwolniony z internowania i rozpoczął działalność w Polskiej Organizacji Wojskowej. W 1918 r. wraz z rtm. Zygmuntem Piaseckim przybył do Lublina z zadaniem zorganizowania akcji rozbrojenia oddziałów austriackich i przystąpienia do formułowania 7. Pułku Ułanów Lubelskich im. gen. Kazimierza Sosnkowskiego. W organizowanym pułku objął w stopniu podporucznika stanowisko dowódcy 1. plutonu w 1. szwadronie. W 1918 roku walczył na czele plutonu na froncie ukraińskim. Został ciężko ranny w nogę. Podczas szarży na wieś Kornie koło Rawy Ruskiej, 2 kule rozerwały mu udo. O tej szarży i bohaterskiej postawie mojego dziadka Zygmunt Piasecki pisał:

26.12., w dzień Bożego Narodzenia 1918 r. 1 szw. 7 pułku Ułanów, pozostający pod moim dowództwem, otrzymał rozkaz zaatakowania i wyrzucenia oddziału ruskiego ze wsi Kornie. Po pewnej chwili dały się słyszeć strzały od południa, to pluton własnej piechoty rozpoczynał atak. Rozumować nie było potrzeby, rozwinąłem szwadron w tyralierkę i zaczęliśmy się posuwać w śniegu po kolana, stępem z początku, pod rzadkim obstrzałem. Gdy obejrzałem się, aby skonstatować straty i ujrzałem oficerów galopujących przed plutonami, krzyknąłem do Haczyńskiego jadącego tuż za mną, aby mnie na czele zastąpił, ja zaś zawróciłem, aby wyprostować i zrobić porządek z lewej. Podczas tego, jak się Haczyński ze mną zastępował, został ciężko ranny, dwie ekstrazytówki strzaskały mu kość udową. Można być pewnym, że wielu oficerów mających się nagle w tej pozycji pozostałoby na miejscu i starałoby się zsiąść albo nawet zwalić z konia, czasem nawet nie można by się dziwić. Rotmistrz Haczyński nie tylko że tego nie zrobił, ale aby nie spaść z konia, złapał go za szyję i tak galopując naprzód starał się przykładem własnym i krzykiem komendy dawać przykład podkomendnym i tak w więcej niż ciężkich warunkach wykonał mój rozkaz do ostatka, przejechał przez okopy i dopiero przy pierwszych chałupach, gdy szwadron się spieszył, żeby atakować pieszo opłotkami wsi, pozwolił się z konia zsadzić prawie będąc bez przytomności. Rotmistrz Haczyński (…) zdrowiał wskutek tej rany rok cały w szpitalu. Po powrocie na front był znowu ranny ciężko...., nigdy nie zawiódł, ani na swojej ofensywności i zdecydowaniu nie stracił. Pozytywny przykład godny naśladowania przez każdego oficera.

Na skutek odniesionych ran mój dziadek przez pół roku leżał z nogą na wyciągu. Nie udało się wydłużyć nogi, pozostała krótsza o 5 cm, a w kości zostały 34 odłamki. Cierpiał, ale nigdy się nie skarżył. Jak bardzo cierpiał opowiadała moja prababka Zofia Bielińska, matka Aleksandra Bielińskiego, który jako rotmistrz 7. Pułku Ułanów Lubelskich zginął w wieku 26 lat w bitwie pod Cycowem 16 sierpnia 1920 roku. Po kilku latach została teściową Wacława Haczyńskiego i Zygmunta Piaseckiego. Moja prababka była sanitariuszką 7. Pułku Ułanów Lubelskich, ale to jest inna opowieść. Dziadek Haczyński po wyleczeniu z ran wrócił do pułku w maju 1919 r. Walczył na froncie litewsko-białoruskim. W kampanii 1920 roku brał udział w obronie Lwowa. Wsławił się niebywałą odwagą w starciach z bolszewikami w bitwach pod Starymi Krukami i Polakami nad Dźwiną oraz pod Perepeczycami. Tam też został ponownie ranny w rękę. Jak opowiada moja mama, na ścianie w kancelarii dziadka wisiał karabin, który był przestrzelony razem z ręką. Kula weszła w ramię od zewnątrz.

Ledwie podleczony wrócił do pułku i wziął udział w bitwie pod Cycowem 16 sierpnia 1920 r. W bitwie tej prowadził szarżę drugiego rzutu 1. szwadronu. Dzięki szybkiej orientacji na polu walki, przyczynił się w niemałym stopniu do zupełnego rozgromienia 514 pułku strzelców piechoty bolszewickiej, wchodzącego w skład tak zwanej Grupy Mozyrskiej, próbującej przedostać się do Lublina. W 4 dni po bitwie objął dowództwo 1. szwadronu po poległym ppor. Tadeuszu Jakubskim. Na czele tego szwadronu brał udział w walkach pościgowych i ofensywnych za nieprzyjacielem wycofującym się na wschód. Pełny chwały szlak bojowy zakończył na Białorusi.

W wystawionej mu przez dowództwo 4. Brygady Jazdy opinii napisano: Typowy bojowy oficer, kawalerzysta, co nie zsiadając z konia szablą toruje sobie drogę, dlań kula to dopiero drugi rodzaj broni. Uczestnik wielu szarż i wszystkich możliwych bitew –ambitny, niezmiernie ofensywny. Oby polska miała wszystkich takich oficerów. Z dniem 14 listopada 1921 roku na własną prośbę przeszedł do rezerwy w stopniu rotmistrza ze starszeństwem i kwalifikacją jako inwalida wojenny.

Tu chciałabym przytoczyć pewną historię słyszaną od mojej mamy. Dziadek Haczyński jako inwalida I grupy otrzymywał 300 zł renty. Całą tę kwotę oddawał dla żołnierzy inwalidów, wdów i sierot wojennych. O tym fakcie moja mama dowiedziała się po II wojnie od wdowy po wachmistrzu, która wraz z dziećmi dostawała z tej renty 50 zł.

Za zasługi wojenne dziadek jako osadnik wojskowy otrzymał na mocy ustawy z dnia 17 grudnia 1920 roku o nadaniu ziemi żołnierzom Wojska Polskiego gospodarstwo rolne – 45 ha z małym dworkiem, w gminie Chotiaczów, w powiecie włodzimierskim na Wołyniu. Tam też został prezesem Koła Osadników Wojskowych i założył spółdzielnię mleczarską.

W 1926 roku został przeniesiony do pospolitego ruszenia. W styczniu tego roku wziął ślub z moją babcią Marią Bielińską, córką Adama Bielińskiego z Turki (starał się o jej rękę przez 7 lat). 23 listopada 1926 r. urodził się im syn Jan, a 11 kwietnia 1928 roku córka Anna, nazywana zawsze Hanią – moja mama.

Po śmierci mojego pradziadka Adama Bielińskiego dziadkowie wrócili do Turki pod Lublinem. Dziadek zajmował się prowadzeniem majątku, pracą społeczną i polityczną. W 1934 roku został wybrany na wójta gminy Wólka Lubelska i przez dwie kadencje pełnił tę funkcję. W moim posiadaniu jest karta podpisana przez 21 osób (jak się domyślam pracowników gminy) następującej treści: Z okazji objęcia stanowiska Wójta Gminy Wólka składamy Panu Wójtowi życzenia pomyślnej i owocnej pracy dla dobra Państwa i ogółu gminy Wólka, przyczem w wykonywaniu jego obowiązków służbowych jesteśmy gotowi na każde wezwanie poświęcić jak najwięcej pracy. Wólka, dnia 26 maja 1934 r. W tym czasie dziadek był członkiem Rady Szkolnej i Rady Powiatowej w Lublinie oraz działaczem Oddziału Lubelskiego Związków Legionistów Polskich, Oddziału Lubelskiego Związku byłych Ochotników Armii Polskiej. Był członkiem zarządu powiatowego Związku Strzeleckiego w Lublinie, prezesem oddziału związku w Wólce .

W latach 1935–1938 był posłem na Sejm RP IV kadencji z listy BBWR. Pracował w komisji

do rozważenia projektu ustaw o użyciu broni przez wartowników cywilnych (1935 r.), w specjalnej komisji ds. zmiany ustawy z 18 grudnia 1920 r. o pocztach, radiotelegrafach, telegrafach w czasie wojny. W wyborach do Sejmu w 1938 roku kandydował w okręgu 33 (Lublin).

Przeniesiony w stan spoczynku po wojnie bolszewickiej był nadal żołnierzem. Po tym jak prezydent Rzeczypospolitej Polskiej zarządził powszechną mobilizację, moja mama dobrze pamięta kartę mobilizacyjną, która leżała na biurku dziadka w kancelarii i miała datę z końca sierpnia 1939 roku.

Na początku września przyjechał z Lublina do Turki. Przywiózł go na motocyklu żołnierz. Pożegnał się z żoną i dziećmi przed domem. Powiedział krótko, że idzie na front. Przydział dostał do sztabu gen. bryg. Mieczysława Smorawińskiego, z którym kierował się na Wschód.

W chwili podjęcia decyzji miał 45 lat, 5 cm krótszą nogę, a w niej 30 odłamków, które co jakiś czas trzeba było zabiegiem operacyjnym usuwać. W takiej kondycji mój dziadek poszedł na front. Często zastanawiam się z moją mamą, jak mógł ten ból wytrzymywać. Jaka siła nim kierowała. Tu przypomina mi się inna historia zasłyszana od babci. Jesienią 1939 roku, wieczorem przyszedł do Turki Żyd z Ostrowa Lubelskiego, aby opowiedzieć mojej babci takie zdarzenie. We wrześniu, kiedy dziadek z wojskiem zatrzymał się w Ostrowie, grupa Żydów prosiła, aby nie jechał na Wschód. Proponowali mu wszelką pomoc i cywilne ubranie. Dziadek odpowiedział, że to nie honor i odmówił pomocy. Walczył nad Narwią i Bugiem w stopniu podpułkownika. Pod Suchowolą dostał się do niewoli rosyjskiej. Po krótkim pobycie w obozie przejściowym w Szepietówce, został osadzony w obozie jenieckim w Kozielsku. Przysłał z obozu tylko jeden list, w listopadzie 1940 roku, pisany na szarym papierze, chemicznym ołówkiem. Babcia czytała go swoim dzieciom Hani i Jasiowi wielokrotnie. Ojciec nakazywał, aby słuchały matki i dobrze się uczyły. Pisał też, gdzie ulokował pieniądze. Babcia nosiła ten list zawsze przy sobie, w torebce. Niestety po wojnie został ukradziony razem z portfelem, na cmentarzu przy ul. Lipowej.

Gdy mama miała 15 lat, dowiedziała się o śmierci swojego ojca w 1943 roku z gazety krakowskiej, publikującej listę ofiar katyńskich. Czytała, że nadano mu nr ewidencyjny 2008, znaleziono przy nim legitymację Krzyża Virtuti Militari, fotografie, fajkę, medalik z łańcuszkiem, świadectwo szczepienia w Kozielsku . Przebywała wówczas u swojej ciotki, generałowej Zofii Piaseckiej, w Ryczowie pod Krakowem, po tym jak moja babcia została aresztowana przez gestapo i osadzona w więzieniu Pod Zegarem, a potem na Zamku Lubelskim. Wiele razy słucham tej historii, ale dopiero teraz zapytałam, co czuła, gdy dowiedziała się o śmierci ojca. Mama zastanowiła się przez chwilę i drżącym głosem powiedziała: „Nie jadłam przez 2 dni i nie wychodziłam z pokoju. Dobrze, że nikt się do mnie nie odzywał. Świata już dla mnie nie było.” Kiedy mama miała 9 lat, wybrała się ze swoim ojcem w podróż do Brześcia, na imieniny babci Kazimiery Haczyńskiej. Na przyjęciu jedna z ciotek ubrana była w piękny strój łowicki. Mama zachwycona tym strojem poprosiła ojca, aby kupił jej taki sam. Ojciec obiecał, że kupi jej, gdy będzie miała 15 lat. Tej jednej obietnicy nie dotrzymał.

Ostatnie odznaczenie dziadka, które odebrała moja mama, to medal za udział w wojnie obronnej 1939 r., przyznane przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej postanowieniem z dnia 29 marca 1999 roku. Został on przekazany przez Rodzinę Katyńską w Lublinie. Wcześniej dziadek otrzymał też inne odznaczenia:

Krzyż Srebrny Virtuti Militari V klasy za szarżę pod wsią Kornie (1921),
Krzyż Niepodległości (1931),
Krzyż Więźniów Ideowych
Krzyż Walecznych (czterokrotnie)
Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (1938)

  Wspomnienie to dedykuję mojej mamie Annie Bekiesz

  Żródła:
Kawalerowie Orderu Virtuti Militarii 1795–1945
Polski słownik biograficzny, I, II, (1914–1921), cz. I. Haczyński Wacław, str. 49
Lista strat ziemiaństwa polskiego, Warszawa 1995 r.
Księga Dziejów 7-go Pułku Ułanów Lubelskich im. Gen. Kazimierza Sosnkowskiego, Londyn 1964 r.
Album Skorowidz Senatu i Sejmu R.P. kadencji 1935/1940
Legion Polski – karty wojskowe
J. Oziemkowski, Cyców 1920, Bellona 1992
Wojskowy Przegląd Historyczny 1990
Centralne Archiwum Wojskowe w Warszawie
Archwum Sejmu
Materiały własne

Artykuł pochodzi z biuletynu Wydawnictwa Karta

 

"Największe szczęście na świecie, na końskim leży grzbiecie"
 
Reklama
 
 
Dzisiaj stronę odwiedziło już 2 odwiedzający (8 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=
(C) 2008-2012 by Katarzyna Bekiesz All rights reserved